Głowa w chmurach, nogi w błocie, a w sercu czysty ogień. Dlaczego „Szczęśliwi biegają ultra” to biblia każdego trailowca?

Jeżeli kiedykolwiek spędziliście całą noc bez zmrużenia oka, siedząc w pełnym rynsztunku, wsuwając na siłę pomidorową i patrząc w ciemność za oknem z tą jedną, natrętną myślą: „Co my tutaj, do jasnej anestezji, robimy?!” – to ta książka jest dla Was. A jeśli dopiero nieśmiało podglądacie profile biegaczy oblepionych błotem, którzy zbiegają z uśmiechem z bieszczadzkich połonin – uważajcie. Magda Ostrowska-Dołęgowska i Krzysztof Dołęgowski napisali podręcznik zarażania pasją, po którym w życiu nie wrócicie już na płaski, nudny asfalt.

Jako BiegowaPasja.pl powtarzamy na naszych postach: „Bieganie wciąga, ale dla mnie ultra… ultra zmienia DNA”. I dokładnie to samo bije z każdej strony tej genialnej pozycji. Wchodzimy w ten świat bez znieczulenia. „Szczęśliwi biegają ultra” to nie jest suchy, nudny poradnik z tabelkami i planami treningowymi od poniedziałku do niedzieli. To krwisty, szczery i cholernie autentyczny reportaż z wnętrza pasji, która momentami graniczy z szaleństwem.

Krew, pot i nieprzespane noce

Autorzy bez owijania w bawełnę piszą o schodzących paznokciach, halucynacjach z odcięcia prądu na setnym kilometrze i kryzysach, przy których człowiek chce po prostu usiąść na kamieniu w środku lasu i zapłakać nad swoim losem. Świetnie oddaje to jeden z fragmentów książki, gdzie Magda pisze wprost:

„Bieganie ultra to nie jest ładny sport. To sport brudny, fizjologiczny, odzierający ze złudzeń. Na setnym kilometrze nie ma już masek. Jesteś tylko ty, twój ból i pytanie, czy zrobisz kolejny krok”.

Ten cytat uderzył nas mocno, bo od razu otworzył szufladę z naszymi wspomnieniami z morderczego dystansu Spiski Wędrowiec podczas Pieniny Ultra-Trail. To była nasza absolutna lekcja pokory. Kto czytał nasze relacje, ten wie – ponad 24 godziny ciągłego napierania w trasie. Doba spędzona na nogach, walka z potworną nocną sennością, kiedy drzewa zaczynają przybierać ludzkie kształty, a zmęczenie fizyczne miesza się z psychicznym odcięciem. Pamiętam nasze myśli tego poranka? Wspominaliśmy wtedy: „Kiedy świt zastaje cię gdzieś na spiskich bezdrożach, po nocy bez minuty snu, czwórki już nie płoną – one po prostu nie istnieją. Zostaje czysty automatyzm kroków i bezwzględna walka z samym sobą”.

Dołęgowscy piszą dokładnie o tym samym – o tej magii i przekleństwie biegów trwających całą dobę, gdzie ból przestaje być Twoim wrogiem, a staje się uciążliwym towarzyszem podróży. Właśnie na Spiskim Wędrowcu, gdy słońce wschodziło po raz drugi podczas naszej udręki, zrozumieliśmy każde pojedyncze słowo Magdy.

Z kolei Krzysiek Dołęgowski w swoim technicznym, męskim i surowym stylu dodaje w książce:

„Góry nie mają dla ciebie litości. Nie obchodzi ich, że trenowałeś pół roku. Jeśli zlekceważysz pogodę, sprzęt albo własny organizm, zostaniesz zmieciony z planszy”.

Te słowa odbiły nam się głośnym echem także wtedy, gdy ruszyliśmy na trasie Ultra Turnickiego. Te dzikie, podkarpackie jary, przedzieranie się przez chaszcze, powalone drzewa i totalne odcięcie od cywilizacji. Tam nie ma miejsca na błędy: „Głusza, która uczy pokory”. Kiedy z Rafałem zgubiliśmy szlak w gęstwinie, a zmęczenie narastało z każdym kilometrem, czuliśmy na plecach dokładnie tę samą surowość natury, o której pisze Krzysiek.

Dualizm, który napędza tę opowieść

Największą siłą tej książki, jest niesamowity dualizm spojrzenia. Mamy perspektywę Magdy – pełną głębokich emocji, kobiecej wrażliwości, ale i potwornego, wręcz niewiarygodnego uporu. Z drugiej strony dostajemy Krzyśka, który na bieganie patrzy analitycznie, jak facet, który po prostu lubi dać sobie w kość i sprawdzić, gdzie przesunęła się jego granica wytrzymałości. Ich wspólne opowieści o kultowym Biegu Rzeźnika czy morderczych rajdach przygodowych (gdzie biega się z mapą po kilkaset kilometrów bez sekundy snu) czyta się z wypiekami na twarzy.

To idealnie współgra z naszą filozofią w BiegowejPasji. Przecież my też działamy we dwóch, uzupełniamy się na trasie i w tekstach – jeden z nas to ten od strategii i chłodnej głowy, a drugi leci na czystym sercu i emocjach. Oglądanie świata ultra oczami Magdy i Krzyśka było jak przeglądanie się w lustrze.

Czy to jeszcze cierpienie, czy już szczęście?

Podczas lektury non stop wraca do człowieka pytanie, czym tak naprawdę jest to legendarne „szczęście w ultra”. Kiedy po ponad dobie na trasie Spiskiego Wędrowca w końcu wybiegaliśmy na metę, łapiąc łapczywie powietrze, spojrzeliśmy na siebie i choć pot i sól zalewały nam oczy, a twarze były szare ze zmęczenia, gęby nam się śmiały. Wrzuciliśmy wtedy na social media krótką wrzutkę: „Przetrwaliśmy noc, przetrwaliśmy dzień, przetrwaliśmy samych siebie. Nogi bolą tak, że jutro nie wstaniemy z łóżek, ale endorfiny rozrywają nam mózgi”.

I o tym właśnie jest ta książka. O tym specyficznym „szczęściu”, które w tytule dla postronnego obserwatora brzmi niemal ironicznie w obliczu potwornego zmęczenia, ale po przekroczeniu linii mety staje się najczystszą, namacalną prawdą. Jak piszą autorzy:

„Szczęście w ultra nie polega na braku bólu. Polega na tym, że mimo bólu potrafisz zachwycić się wschodem słońca nad Tatrami i docenić to, że twoje ciało pozwala ci przeżywać takie rzeczy”.

Werdykt BiegowejPasji:

Ta książka to absolutny klasyk i lektura obowiązkowa, która powinna leżeć na półce każdego, kto choć raz poczuł zew trailu i nie boi się zarwać nocy dla pasji. Nie znajdziecie tu patosu, sztucznego coachingu ani idealizowania sportu na siłę. Dostaniecie za to czystą, mięsną, biegową prawdę, ogromną dawkę genialnego humoru i potężnego kopa motywacyjnego. Czyta się to dokładnie tak, jak zbiega się ze szczytu na pełnej petardzie – z wiatrem we włosach, lekkim strachem w oczach i gigantycznym bananem na twarzy.

Złapcie za tę lekturę w wolny wieczór, naładujcie baterie, a potem… widzimy się z Wami na szlaku! Piona!