
Trzy biegi. Trzy pory roku. Trzy różne oblicza Bieszczadów. Jedna wielka biegowa przygoda!
Są takie miejsca, do których wraca się nie tylko dla widoków. Wraca się dla atmosfery, ludzi, emocji i tego wyjątkowego uczucia, kiedy po raz kolejny przekraczasz linię mety, wiedząc, ile wysiłku kosztowała Cię droga do niej.
Dla mnie takim miejscem są Bieszczady i biegi organizowane przez Fundację Bieg Rzeźnika.
W tym roku postanowiłem zmierzyć się z wyjątkowym wyzwaniem – RZEŹNICKĄ TRIADĄ 2026. Trzy imprezy biegowe rozłożone na cały rok. Każda zupełnie inna, każda wymagająca i każda pozostawiająca wspomnienia, których nie da się przeliczyć na kilometry.
Dziś mogę z satysfakcją powiedzieć: ZADANIE WYKONANE!




24 STYCZNIA – XII ZIMOWY MARATON BIESZCZADZKI | 16 KM
Pierwszy rozdział naszej bieszczadzkiej historii. Zima, śnieg, chłód i początek wielkiego wyzwania!
Styczeń w Bieszczadach to zupełnie inny świat. Góry przykryte śniegiem, przytłumione odgłosy lasu i surowa przyroda, która zimą pokazuje swoje nieco bardziej wymagające oblicze.
Tutaj nie ma znaczenia, ile kilometrów przebiegłeś po asfaltowych drogach. Zimowe góry potrafią błyskawicznie zweryfikować formę, technikę i przygotowanie.
Już podróż autokarem z Cisnej do Smereka, gdzie znajdował się start naszego dystansu, była zapowiedzią przygody. Wśród zawodników panowała charakterystyczna przedstartowa atmosfera. Trochę rozmów, trochę żartów, ostatnie poprawki sprzętu i to znajome uczucie niepewności – co tym razem przygotują nam Bieszczady?
Pogoda? Typowo zimowa, choć bez ekstremalnego mrozu. Temperatura w okolicach zera, pochmurne niebo, śnieg, chwilami przechodzący w śnieg z deszczem.
Nie były to warunki do bicia rekordów na równej, suchej nawierzchni. Tutaj trzeba było myśleć nie tylko o tempie, ale również o każdym postawionym kroku.
16 kilometrów i około 455 metrów podbiegów. Na papierze może nie wygląda to szczególnie groźnie, ale zimą takie liczby nabierają zupełnie innego znaczenia.
Trasa ze Smereka do Cisnej prowadziła przez bieszczadzkie drogi, leśne ścieżki i stokówki. Zmienna nawierzchnia, śnieg i podbiegi sprawiały, że trzeba było nieustannie dostosowywać rytm biegu.
Na podejściach serce przyspieszało, oddech stawał się coraz cięższy, a mięśnie przypominały, że jest dopiero styczeń!
Z kolei zbiegi, które latem mogłyby być okazją do nadrobienia czasu, zimą wymagały znacznie większej ostrożności. Bo wystarczy źle postawiona stopa, chwila nieuwagi i zamiast podziwiać krajobrazy, można podziwiać je z poziomu śniegu.
Ale właśnie w takich warunkach bieganie nabiera szczególnego charakteru.
Jest coś wyjątkowego w biegu przez zimowy bieszczadzki las. W odgłosie własnego oddechu, rytmie kroków i mijanych drzewach. W tej ciszy, którą co jakiś czas przerywają rozmowy biegaczy, słowa wsparcia czy charakterystyczne pytanie: „Daleko jeszcze do mety?”.
A przecież każdy z nas doskonale wie, że w górach odpowiedź na to pytanie bywa bardzo względna!
Z kilometra na kilometr coraz bardziej liczyła się nie tylko siła nóg, ale również głowa. Trzeba było znaleźć odpowiedni rytm, zachować koncentrację i mądrze gospodarować energią.
Bo biegi górskie mają jedną ważną zasadę: nie wystarczy być szybkim, trzeba jeszcze umieć dostosować się do warunków.
W końcu pojawiła się upragniona Cisna, a wraz z nią meta pierwszego etapu Triady.
I tutaj czekała na mnie wyjątkowo miła niespodzianka!
Czas 1:41:33 i 3. miejsce w kategorii M50!
To naprawdę piękne uczucie, kiedy wysiłek, regularne treningi i poświęcony czas przynoszą taki rezultat.
Nie chodzi wyłącznie o miejsce na podium. Chodzi o świadomość, że kolejny raz udało się pokonać własne ograniczenia i udowodnić sobie, że wiek to tylko liczba, a pasja i systematyczność potrafią zaprowadzić nas naprawdę daleko.
Była radość, satysfakcja i oczywiście zmęczenie, ale takie, które po przekroczeniu mety smakuje najlepiej.
Pierwsze 16 kilometrów Rzeźnickiej Triady zapisane w nogach i pamięci.
Jedna trzecia wyzwania za mną. A ja już wiedziałem, że czerwcowy powrót w Bieszczady będzie zupełnie inną historią.






6 CZERWCA – XII FESTIWAL BIEGU RZEŹNIKA | XV RZEŹNICZEK – 28 KM
Drugi etap Triady. Więcej kilometrów, znacznie większe przewyższenia i prawdziwy sprawdzian górskiej wytrzymałości!
Przyszedł czerwiec, a razem z nim kolejny powrót do Cisnej.
Tym razem Bieszczady przywitały nas zupełnie inaczej niż w styczniu. Zamiast zimowej ciszy – soczysta zieleń lasów, zapach wilgotnej ziemi i atmosfera wielkiego biegowego święta.
Festiwal Biegu Rzeźnika to wydarzenie, które ma w sobie coś wyjątkowego. Już od pierwszych chwil czuć, że spotykają się tutaj ludzie, których łączy coś więcej niż zamiłowanie do sportu.
Jedni przyjeżdżają walczyć o rekordy, inni zmierzyć się z dystansem po raz pierwszy, a jeszcze inni po prostu wracają, bo nie wyobrażają sobie kolejnego sezonu bez Bieszczadów.
Ja przyjechałem po drugą część swojej Triady.
Tym razem na trasie miał towarzyszyć mi mój niezawodny biegowy kompan Rafał Hołowid.
Już od rana było wiadomo, że nie będzie to łatwy bieg. Po kwietniowym biegu Pieniny Ultra Trial- Spiski Wędrowiec 136 km mięśnie jeszcze całkowicie się nie zregenerowały, a deszcz przed startem zrobił swoje, mokre leśne ścieżki zapowiadały sporo błota i dodatkowych atrakcji.
Ale kto jedzie na Rzeźniczka i oczekuje idealnie suchej trasy, chyba pomylił imprezy!
Poranna podróż Bieszczadzką Kolejką Leśną z Cisnej do Żubraczego pozwoliła jeszcze przez chwilę nacieszyć się atmosferą i widokami.
Potem przyszedł moment startu.
28 kilometrów, około 1060 metrów przewyższenia i trasa prowadząca przez jedne z piękniejszych bieszczadzkich grzbietów.
Ktoś kiedyś nazwał Rzeźniczka „Małym Biegiem Rzeźnika”.
Tylko że w Bieszczadach słowo „mały” potrafi być bardzo mylące!
Pierwsze kilometry po szutrowej drodze pozwalały jeszcze złapać rytm i rozgrzać mięśnie. Ale ten względny spokój nie trwał długo.
Po początkowych odcinkach przyszła pora na prawdziwe górskie bieganie.
Trasa prowadziła w kierunku pasma granicznego, przez przełęcz nad Roztokami, dalej na Okrąglik (1101 m n.p.m.), Jasło (1153 m n.p.m.), Szczawnik i Małe Jasło.
To właśnie na takich odcinkach najlepiej widać, czym różni się bieg górski od asfaltowego.
Tutaj nie biegniesz jednostajnym tempem. Tutaj co chwilę musisz podejmować decyzję: biec czy przejść do szybkiego marszu, przyspieszyć czy zachować siły na następne podejście.
Góry nie pytają, jakie tempo zaplanowałeś na zegarku. One narzucają własne!
Długie podbiegi skutecznie podnosiły tętno, a mokra nawierzchnia i błotniste fragmenty wymagały ciągłej koncentracji.
Na podejściach momentami bardziej opłacał się mocny, dynamiczny marsz niż próba biegu za wszelką cenę. Na zbiegach z kolei trzeba było szybko przestawić głowę i nogi na zupełnie inny rodzaj pracy.
Kamienie, korzenie, nierówności i błoto – tutaj każdy krok miał znaczenie.
W takich momentach człowiek zaczyna rozumieć, że treningi podbiegów, ćwiczenia siłowe i godziny spędzone na budowaniu wytrzymałości nie są przypadkowe. Wszystko to procentuje właśnie na takich trasach.
A jednak mimo wysiłku trudno było nie zachwycać się otoczeniem.
Bieszczadzkie lasy, zielone grzbiety, przestrzeń otwierająca się pomiędzy drzewami i widoki, które na chwilę każą zapomnieć o zmęczeniu.
Czasami wystarczyło unieść głowę, rozejrzeć się dookoła i przypomnieć sobie, dlaczego właściwie to robimy.
Przecież nikt nas tutaj nie zmuszał! Sami zapłaciliśmy za przyjemność biegania po górach, błocie i kamieniach!
Ale właśnie za to kochamy ten sport.
Za chwile, kiedy nogi mają już swoje zdanie, a głowa odpowiada: „Jeszcze kawałek. Dasz radę!”.
Za momenty zwątpienia, po których przychodzi kolejne pokonane wzniesienie.
Za widoki, które wynagradzają wysiłek.
I przede wszystkim za ludzi, z którymi można przeżywać takie przygody.
Bo na Rzeźniczku nie biegłem sam.
Obok był Rafał, z którym dzieliliśmy kolejne kilometry, zmęczenie i satysfakcję z pokonywania trasy.
Wspólne bieganie ma w sobie coś szczególnego. Czasami nie trzeba wiele mówić. Wystarczy spojrzenie, krótki żart albo kilka słów motywacji.
Kiedy jednemu jest trudniej, drugi potrafi pomóc utrzymać rytm. A kiedy obaj czują zmęczenie, pozostaje świadomość, że do mety najlepiej dotrzeć razem.
Po wymagających podejściach przyszła w końcu pora na ostatnie zbiegi w kierunku Cisnej.
I tutaj również nie było darmowych kilometrów! Po takim wysiłku nogi potrafią protestować nawet wtedy, gdy droga prowadzi już w dół.
Zmęczone uda, koncentracja na nierównościach i świadomość, że meta jest coraz bliżej.
A potem pojawia się ten moment, na który czeka każdy biegacz.
Ostatnie metry. Stadion Orlika w Cisnej. Meta!
I tutaj ciekawostka!
Z Rafałem przekroczyliśmy linię mety razem !
Po 28 kilometrach górskiej walki taki finisz ma szczególną wartość.
Mój wynik: 3:34:59 i 9. miejsce w kategorii M50.
Czy było ciężko? Oczywiście!
Czy chwilami nogi miały dość? Jak najbardziej!
Czy było warto?
BEZ DWÓCH ZDAŃ!
Bo właśnie takie biegi pozostają w pamięci najdłużej. Nie te, podczas których wszystko przychodzi łatwo, ale te, kiedy trzeba powalczyć, zachować cierpliwość i nie odpuszczać mimo zmęczenia.
Na mecie czułem przede wszystkim ogromną satysfakcję.
Drugi etap Triady ukończony!
44 kilometry dwóch bieszczadzkich startów za mną. Teraz pozostało już tylko jedno – wrócić jesienią i dokończyć to, co rozpocząłem w styczniu.





10 PAŹDZIERNIKA – XIV ULTRAMARATON BIESZCZADZKI | 26 KM
Wielki finał naszej Rzeźnickiej Triady!
Tym razem jesienne Bieszczady. Kolejny powrót do Cisnej, kolejny poranek z emocjami i kolejny start, na który czekałem od miesięcy.
Ale tym razem emocje były nieco inne.
W styczniu rozpoczynałem swoją przygodę. W czerwcu pokonywałem drugi etap. A teraz miałem przed sobą ostatnie 26 kilometrów dzielących mnie od ukończenia całego wyzwania.
Nawet jeśli mówiłem sobie, że to po prostu kolejny bieg, gdzieś z tyłu głowy pojawiała się myśl:
Tylko nie zepsuj tego na ostatnim etapie!
Już sama podróż Bieszczadzką Kolejką Leśną na start w Solince miała swój wyjątkowy klimat.
A później? Jak to w Bieszczadach…
Początek jeszcze pozwalał złapać rytm, ale od około 5 kilometra góry szybko przypomniały, po co tutaj przyjechaliśmy. Długie podejścia, wymagające odcinki i kilometry, które trzeba było wywalczyć.
Prognozy straszyły opadami, a tymczasem pogoda sprawiła nam niespodziankę. Pojawiło się słońce , choć na szczytach mocny wiatr skutecznie przypominał, że to już październik.
Jesienne kolory Bieszczadów? BAJKA!
Złote, czerwone i pomarańczowe liście, góry mieniące się jesiennymi barwami oraz widoki, przy których chciałoby się na chwilę zatrzymać.
Ale żeby nie było zbyt pięknie, około 21. kilometra przytrafiło mi się bliskie spotkanie z korzeniem ukrytym pod liśćmi.
Efekt? Upadek, zdarte łokcie i przypomnienie, że na górskich zbiegach nawet na chwilę nie można wyłączyć koncentracji.
Bieszczady postanowiły zostawić mi dodatkową pamiątkę z finału Triady!
Na szczęście nogi pozwoliły kontynuować bieg, więc pozostało jedno – dotrzeć do mety!
Tym razem ponownie biegliśmy z Rafałem, a na trasie pojawił się także nasz trener Radek
Radek oczywiście pokazał nam, jak należy biegać
Ostatecznie przekroczyłem linię mety z wynikiem 3:27:47 – 10. miejsce w kategorii M50.
Ale tym razem najważniejsze było coś więcej niż czas czy miejsce.
Kiedy przekraczałem linię mety w Cisnej, wiedziałem, że to nie jest zakończenie wyłącznie październikowego biegu.
To zakończenie historii, która rozpoczęła się dziewięć miesięcy wcześniej, w zimowej scenerii Smereka.
W jednej chwili wróciły wspomnienia styczniowego śniegu, czerwcowego deszczu, trudnych podejść, wspólnych kilometrów i wszystkich emocji towarzyszących tym startom.
TO BYŁA META CAŁEJ RZEŹNICKIEJ TRIADY!
70 KILOMETRÓW I ZNACZNIE WIĘCEJ NIŻ TRZY MEDALE
Kiedy patrzę na te trzy biegi, widzę coś więcej niż zapisane w wynikach kilometry.
Widzę trzy powroty w Bieszczady.
Widzę zimowy styczeń, kiedy każdy krok po śniegu wymagał uwagi, a podium w kategorii wiekowej było pięknym początkiem sezonu.
Widzę czerwiec, ścieżki po deszczu, długie podbiegi, zielone bieszczadzkie grzbiety i wspólną metę z Rafałem.
Widzę październik, jesienne kolory gór, walkę z wiatrem i ostatnie kilometry prowadzące do ukończenia całej Triady.
70 kilometrów rywalizacji, około 2600 metrów przewyższeń i niezliczona liczba emocji.
A przecież do tego trzeba doliczyć setki kilometrów treningowych, godziny przygotowań, podbiegi, długie wybiegania i czas poświęcony na budowanie formy.
Każdy start był inny. Inna pogoda, inne warunki, inne emocje. Ale jedno pozostawało niezmienne – radość z biegania i satysfakcja z pokonywania własnych słabości.
Bo bieganie górskie uczy pokory.
Nawet kiedy jesteś dobrze przygotowany, góry potrafią zaskoczyć. Tutaj nie zawsze wygrywa ten, kto biegnie najszybciej. Czasami największym sukcesem jest po prostu nie odpuścić.
I jeszcze jedna ważna rzecz.
Z perspektywy czasu coraz bardziej doceniam, że mogę stawać na starcie kolejnych zawodów, realizować swoje pasje i nadal stawiać sobie nowe wyzwania.
Bo wiek nie musi oznaczać rezygnacji z marzeń. Wręcz przeciwnie – może być doskonałym momentem, żeby zacząć spełniać te, na które wcześniej brakowało czasu albo odwagi.
Nie trzeba być zawodowcem, żeby czerpać ogromną radość ze sportu.
Nie trzeba wygrywać każdego biegu, żeby czuć się zwycięzcą.
Czasami największym zwycięstwem jest dotrzymanie obietnicy danej samemu sobie.
A medal Rzeźnickiej Triady?
To nie tylko kolejny kawałek metalu do kolekcji.
To symbol trzech startów, konsekwencji, wielu treningów i chwil, w których pomimo zmęczenia trzeba było zrobić jeszcze jeden krok.
To wspomnienie zimowych, letnich i jesiennych Bieszczadów.
I przede wszystkim dowód na to, że warto mieć swoje cele i cierpliwie do nich dążyć.





PODZIĘKOWANIA
Ogromne podziękowania dla Fundacji Bieg Rzeźnika, organizatorów, wolontariuszy oraz wszystkich osób, dzięki którym możemy przeżywać takie sportowe przygody.
Wasze imprezy mają niepowtarzalną atmosferę, która sprawia, że chce się wracać. Niezależnie od tego, czy na trasie czeka śnieg, błoto, deszcz czy piękne słońce.
Rafał – dzięki za kolejne wspólne starty, kilometry, rozmowy, żarty i wzajemną motywację. Wspólne bieganie smakuje zdecydowanie lepiej!
Radek – dzięki za treningi, przygotowanie i cierpliwość. Nawet jeśli czasem uciekasz nam na zawodach, to efekty Twojej pracy widać!
Największe podziękowania kieruję oczywiście do mojej kochanej żony Marty i Kacperka za wsparcie, cierpliwość i to, że rozumieją moją biegową pasję.
Bo za każdym ukończonym biegiem stoją nie tylko treningi i determinacja zawodnika, ale również ludzie, którzy nas wspierają, dopingują i czasami wybaczają te wszystkie weekendy spędzone na kolejnych zawodach.




