


Marathon des Châteaux du Médoc – maraton, w którym bieganie spotyka się z zabawą 🍷🍇
42 km 195 m. Królewski dystans zdobyty!
Są maratony, w których najważniejszy jest czas, tempo i walka o kolejne sekundy. Są też takie, w których warto czasami spojrzeć na zegarek trochę mniej, a zdecydowanie częściej rozejrzeć się dookoła.
Marathon des Châteaux du Médoc zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
7 września 2024 roku w Pauillac we Francji stanęliśmy na starcie 38. edycji tego niezwykłego maratonu. Wraz z Martą, Robertem, Renatą i Rafałem ruszyliśmy na trasę liczącą klasyczne 42,195 km.
Dla Marty był to szczególny dzień – pierwszy maraton w życiu.
Dla nas, jako BiegowejPasji, również wyjątkowy. Tym razem nie chodziło wyłącznie o pokonanie królewskiego dystansu, czas. Chodziło o wspólne przeżycie czegoś, co trudno porównać z większością biegów, w których mieliśmy okazję uczestniczyć.
Tutaj maraton wygląda trochę inaczej
Médoc to region słynący z winnic, zamków i produkcji wina. Nic więc dziwnego, że organizatorzy postanowili połączyć bieganie z tym, z czego okolica jest najbardziej znana.
Efekt?
Maraton, który bardziej przypomina wielkie święto niż klasyczne zawody.
Większość uczestników pojawia się w przebraniach. Na trasie jest muzyka, śpiew, kibice i mnóstwo pozytywnej energii. A do tego zamki, posiadłości i winnice, pomiędzy którymi prowadzi trasa.
Już po kilku kilometrach wiadomo było, że tego biegu nie będziemy chcieli pokonać wyłącznie „na wynik”.
Zresztą… trudno było.
Marta debiutuje, a my robimy za support
Dla Marty był to pierwszy maraton, a przygotowania do niego wcale nie przebiegały idealnie.
W czerwcu kontuzja kostki wyłączyła ją na jakiś czas z treningów. Powrót do aktywności nastąpił, ale czasu na przygotowania do 42 kilometrów zostało niewiele.
Dlatego plan był prosty:
ukończyć.
Bez presji na czas.
Bez ścigania.
Bieg lub marsz – nieważne. Najważniejsza była meta.
Naszym zadaniem było natomiast zadbać o to, żeby Marta miała odpowiednie nawodnienie, energię i wsparcie wtedy, kiedy będzie najbardziej potrzebne.
I tutaj pojawiła się jeszcze jedna kwestia…
Jak wspierać zawodnika, kiedy na trasie dzieją się takie rzeczy?
Punkty odżywcze, czyli największa pułapka tego maratonu 😉
Bo umówmy się – określenie „punkt odżywczy” w Médoc nabiera zupełnie nowego znaczenia.
Oczywiście była woda i klasyczne elementy biegowego zaopatrzenia, ale organizatorzy poszli zdecydowanie dalej.
Sery?
Są.
Lokalne kiełbaski?
Są.
Steki?
Jak najbardziej.
Ostrygi?
Oczywiście.
A do tego wino, mnóstwo wina i cała otoczka, która sprawiała, że momentami człowiek bardziej zastanawiał się, czy nadal bierze udział w maratonie, czy może właśnie trafił na wyjątkowy festiwal kulinarny.
I tutaj musimy się przyznać:
BiegowaPasja również nie była obojętna na uroki trasy. 😉
Ja i Rafał mieli przecież podwójne zadanie – wspierać Martę, ale jednocześnie nie przegapić tego, co organizatorzy przygotowali dla uczestników.
Zwłaszcza że kolejne punkty wyglądały coraz bardziej kusząco.
Kilometry mijają, zabawa trwa
Pierwsze 10 kilometrów minęło niemal niezauważalnie.
Muzyka, przebrania, winnice i tłumy biegaczy robiły swoje.
Na półmetku Marta nadal czuła się dobrze. Support działał, energia była uzupełniana, a pogoda sprzyjała.
Później trasa zrobiła się trochę bardziej wymagająca.
Pojawiło się więcej podbiegów, asfalt miejscami zamienił się w szutrowe drogi po między winoroślami, a chwilowy deszcz sprawił, że niektóre fragmenty zrobiły się błotniste i śliskie.
Ale nadal było dobrze.
Aż do okolic 37. kilometra.
Maraton zaczyna się po 30. kilometrze
Wtedy nogi Marty zaczęły przypominać, że przygotowania zostały mocno ograniczone przez kontuzję
Sztywność.
Zmęczenie.
Coraz cięższe nogi.
I pojawiło się pytanie:
„Czy da radę?”
Tutaj zaczyna się prawdziwy maraton.
Nie tylko ten fizyczny, ale przede wszystkim w głowie.
Zamiast myśleć o całych 42 kilometrach, zostało już tylko:
„37 kilometrów za mną. Do mety jeszcze tylko 5.”
I tego trzeba było się trzymać.
Bo 5 kilometrów to przecież dystans znany z treningów.
A skoro 37 już za nią…
to choćby na czworaka, ale do mety trzeba dojść.
A organizatorzy doskonale wiedzieli, czego potrzebują zmęczeni biegacze
Im bliżej mety, tym bardziej nietypowe stawały się punkty na trasie.
Ciastka, sery, kiełbaski, steki, ostrygi…
A na koniec jeszcze lody.
Trudno o lepszą motywację na ostatnich kilometrach.
Choć trzeba przyznać, że ostatnia prosta zaczęła się nieco dłużyć.
Na zegarku prawie 42 kilometry, a oznaczenie na trasie mówi coś zupełnie innego.
Czyli klasyczne pytanie każdego maratończyka:
„Daleko jeszcze?”
Na szczęście meta była już naprawdę blisko.
Meta!
I w końcu jest.
42 km 195 m – ukończone!
Dla Marty – pierwszy maraton w życiu.
Dla nas – kolejna niezwykła biegowa przygoda, której nie zapomnimy.
Bo Médoc przypomniał nam, że bieganie może mieć bardzo różne oblicza.
Może być walką o wynik.
Może być sprawdzianem charakteru.
Ale może też być świetną zabawą, podróżą, spotkaniem z ludźmi i okazją do wspólnego przeżywania czegoś wyjątkowego.
A tutaj wszystko to dostaliśmy w jednym pakiecie.
Winnice 🍇
Zamki 🏰
Muzykę 🎶
Przebrania 🎭
Jedzenie 🧀🥩🦪
Lody 🍦
No i oczywiście 42,195 km 🏃♀️🏃♂️
I jeszcze trochę prywatnie ❤️
Marta – ogromne gratulacje za pierwszy maraton! Udowodniłaś, że czasami najważniejszy jest nie wynik, ale decyzja, żeby mimo przeciwności stanąć na starcie i zrobić swoje.
Robert – dzięki za informację o możliwości rejestracji. Bez Ciebie być może tej przygody w ogóle by nie było.
Rafał – dzięki za ogarnięcie wyjazdu, wspólną trasę i oczywiście za najlepszy „napój” na 31. kilometrze. 😉
A przede wszystkim…
Marta – dziękujemy za wspólny bieg i zaufanie.
Myślę, że jako BiegowaPasja możemy spokojnie powiedzieć:
Médoc? To był maraton, który zdecydowanie smakował! 🍷🍇🏃♂️🏃♀️








